You are currently browsing the monthly archive for maj 2009.
Deszcz, odgłos spadających kropel, szum drzew, las, mokre buty i nogawki spodni, mokra od deszczu twarz… Sam ze sobą, ze swymi myślami, z dala od zgiełku.
Po prostu uczta.

Jezioro w deszczu - Ślesin 2009

Schronienie pod mostem - Ślesin 2009

Po drugiej stronie jeziora - Ślesin 2009
Po głowie chodził mi całkiem inny wpis, którym twórczo zainfekowała moje szare komórki Defendo. Rzecz o słowie łóżko. Nie jestem jeszcze gotów do pisania o łóżku. Brakuje mi jeszcze paru skojarzeń i odniesień. Jest to zagadnienie bardzo poważne i tak też będzie potraktowane:-)
Dziś natomiast sprowokował mnie Piotr 55-ty komentarzem na blogu u szamańskiej Flamenco: Wydaje mi się, że idziesz na łatwiznę generalizując polski stosunek do religii, wiary i kościoła. Okazuje się, że stara maksyma, że gdy dwóch mówi to samo, niekoniecznie mają to samo na myśli sprawdza się w przytoczonym fragmencie komentarza. Kwestia Kościoła i wiary pojawiła się na zasadzie obiter dictum i nie można mieć pretensji o możliwe inne rozumienia użytych określeń. Szybkość dyskusji sprawia, że mamy do czynienia ze swoistego rodzaju qui pro quo.
Odróżniam dwie rzeczy w sposób zasadniczy: wiarę i praktykę w odniesieniu do jakiejkolwiek denominacji chrześcijańskiej, czy też religii niechrześcijańskich. Mówiąc o wierze nie mówię o instytucji, która jest namacalną emanacją religii, ale nie jest religią, a tym bardziej urzędnicy tej instytucji.
Wiara to dla mnie (w odniesieniu do religii rzecz jasna) pewien stan umysłu przyjmujący za fakt istnienie bytów niematerialnych, bóstw mających wpływ na życie człowieka i świata. Przekonania wynikające z wiary są niedowodliwe na gruncie naukowym i z gruntu o takie dowodzenie nie występują, gdyż uważają, że rzeczywistość do której się odnoszą znacznie wykracza poza możliwości poznawcze człowieka. O ironio! podobny problem mają także niewierzący w istnienie nadprzyrodzoności, gdyż ich poglądy o naukowości takiego poglądu też są naciągane.
Czynnikami mającymi wpływ na wiarę (niewiarę w tych rozważaniach pomijamy) są poglądy wyrażone w świętych księgach poszczególnych religii (np. Biblia, Koran). A że księgi te w swej treści są niejednoznaczne wymagają interpretacji. Interpretacja zaś to rola liderów religijnych, różnych świętych mężów, których interpretacje i wyjaśnienia wchodzą do tradycji danej religii. Formalne struktury religii instytucjonalizują jedne interpretacje i przekładają to na praktykę w formie zaleceń, nakazów, propozycji. W swej istocie każda z religii zakłada, że przyznający się do niej wyznawcy znają i pisma źródłowe, jak i też tradycję w stopniu umożliwiającym mówienie o sobie, że jest się wierzącym.

Mistrz praktyki
Współczesny katolicyzm, prawosławie, protestantyzm w przeważającej swej praktyce jest wydmuszką: są formami bez treści. Nieco lepiej to wygląda u tzw. nowych kościołów, które z racji swej ewangelicznej gorliwości i nieliczności dbają o lepszą formację intelektualną swych wyznawców.
Często jest tak, że są wierzący niepraktykujący – wiara na zasadzie, że pewnie jest jakaś transcendencja i na wszelki wypadek na poziomie mentalnym przyjmować, że Bóg jest. Nie znają zasad wiary, albo znają w stopniu znikomym. Czasami uczestniczą w ceremoniach religijnych. Towarzyszące im wówczas przeżycia wzruszenia (radość, smutek) nie są wiarą tylko stanem emocji. Emocje to nie jest wiara.
Są praktykujący*, ale niewierzący, którzy poddają się naciskowi opinii i rodziny. Poza tym mogą lubić ceremoniał religijny.
I wreszcie wierzący i praktykujący-praktykujący**: wierzący w transcendencję, znający zasady swej religii i stosujący w życiu codziennym jej zasady.
*Praktykowane są tylko zewnętrzne ceremoniały bez wypełnienia ich treścią wiary
** Znane są i praktykowane są treści wyznawanej religiiNic tak nie jest wyraziście wpisane w pamięć emocjonalną jak smak chleba z dzieciństwa. Nie bez kozery juz starożytni wiedzieli, że chleb jest tym, co daje władcom siłę przetargową w walce o utrzymanie się na tronie. Lud zawsze chciał chleba i igrzysk (łac. panem et circenses )… przy czym chleb był na pierwszym miejscu, gdyż człowiek syty chętniej ulegał rozrywkom. Najedzony i zabawiany nie był skory do rewolty przeciwko władcy.
W sklepach można kupić różnego rodzaju pieczywa, ale przyznam, że w pamięci mam ten pieczony u dziadków w piecu na brytfannie. Raz w tygodniu był pieczony na cały tydzień. Zachowywał świeżość i cudowny smak. Niedawno powróciłem do wypieku chleba na własne potrzeby, choć jest to zupełnie coś innego niż chleb z dzieciństwa. Niemniej jest smaczniejszy niż gotowce ze sklepowych półek.
Jeśli chcielibyście posmakować czegoś innego oto mój przepis na chleb domowego wypieku:
1. Mąka chlebowa 1100 – 1 kg (Sklep Kaufland) 2. Suszone drożdże - 2 opakowania 3. Ziarno słonecznika – 1/2 szklanki 4. Siemię lniane – 1/2 szklanki 5. Pestki dyni - 1/2 szklanki 6. Otręby pszenne - 1/2 szklanki 7. Otręby owsiane - 1/2 szklanki 8. 800 ml ciepłej wody Wymieszać mikserem, wlać do prodiża lub foremki. Pozostawić na 90 minut. Następnie wstawić do rozgrzanego piekarnika (200 stopni C). Piec przez 45 minut.A oto efekt!!!


Post scriptum
Dla zainteresowanych fanów chleba podaję ciekawe miejsce na wordpressie pod uroczym tytułem Moja Piekarnia.
Jesteśmy żarłoczni posiadania… Chcemy mieć dobra pracę, dom, ogród, samochód, mądre i wykształcone dzieci. Marzymy, by zwiedzać świat, poznawać miejsca, ludzi. Przeżyć jakąś niesamowitą przygodę.
Pożeramy wszystko, chłoniemy i ciągle nam wszystkiego mało. Jeśli kiedykolwiek zatrzymujemy się na moment to tylko po to, by znów chłonąć wszystko niczym żarłoczne koparko-dinozaury znane z księżycowych krajobrazów kopalni odkrywkowych.

Pytanie postawione w tytule wpisu padło wczoraj w rozmowie ze znajomą nauczycielką, która od kilku lat prywatnie studiuje psychotronikę. Rozmawialiśmy o tekście, jaki napisała jej córka do miesięcznika Charaktery i od słowa do słowa doszliśmy w rozmowie do pewnej techniki poznawania siebie poprzez wywiad z samym sobą.
Jedno z pytań tego autowywiadu uderzyło mnie w szczególny sposób, bo odwoływało się nie do rozumu, ale do najbardziej podstawowych emocji, jakie w nas drzemią i opisują nas takimi jakimi jesteśmy:
CO BYŚ KRZYKNĄŁ NA SZCZYCIE GÓRY?
Dosłownie w momencie przywołałem bardzo wyraziste wspomnienie niesamowitego przeżycia z lipca 1975 roku, jakim było wejście przed świtem na szczyt Trzy Korony w Pieninach. I ten cudowny wschód słońca, istna metafizyka…
Jakżesz piękny jest ten świat!!!
Dziś doświadczyłem fantastycznego podwójnego puknięcia młoteczkiem w czółko. Czasami dobrze poczuć wstrząs pobudzający szare komórki pamięci. Wiemy, że nasz twardy dysk wymaga radykalnych metod naprawy. Dwoje blogowych przyjaciół - poprzez stosowne komentarze pod moim poprzednim wpisem - w przyjacielski sposób przypomniało o swoim istnieniu. Czuję się zawstydzony swoim zaniedbaniem.
Bloguję od września 2007 – z przerwami rzecz jasna – i poznałem w tej przestrzeni wielu wspaniałych blogerów. O niektórych zapomniałem…
Barnaba w swym blogu ECHA WYDARZEŃ pisze o sporcie, który jest jego pasją od zawsze. Przez całe życie zawodowe był dziennikarzem sportowym. Gdy przeszedł na zasłużoną emeryturę, okazało się, że pisząc całe życie nie może tego zajęcia ot tak odstawić i zająć się działką, czy wizytami u lekarza. Machina wprawiona w ruch przed ponad pięćdziesięciu laty jest rozpędzona i skumulowana energia musi znajdować ujście.
O sporcie pisze ze swadą i pasją. Są tam i fakty sportowe, ale i odniesienia do wielu różnych sytuacji około sportowych, historycznych. Czytając odczuwamy niemalże powiew wiatru na twarzy i czujemy się uczestnikami opisywanych wydarzeń.
Znam także inne teksty Barnaby i wiem, że fantastycznie maluje słowami. Warto przeczytać dwa teksty, które ilustrują moje przekonanie: Barnaba i Barnaba na mecie.
Donwinka ze swoim obiektywem pojawiła się latem ub. roku, gdy sam zacząłem publikować na tym blogu zdjęcia (ostatecznie tego zaniechałem na rzecz tekstów). Donwinka dzieliła się i dzieli tym, co ją zachwyca i urzeka. Jest przykładem osoby,która w prosty i przejrzysty sposób pokazuje oczami obiektywu swój świat, swoje radości i swój punkt widzenia.
Barnabo i Donwinko! Jeszcze raz dziękuję za przyjacielski gest.
Każdy, kto choć raz zajrzał na mój blog, mógłby sądzić, że facet jest troszkę staroświecki w sposobie myślenia, a klawiaturę komputera wykorzystuje do zapisów tego wszystkiego, co majaczy się w jego głowie i (według niego rzecz jasna) jest godne obwieszczenia. Taki nieszkodliwy i mający aspiracje do bycia jyntelegentem starszy pan.
Otóż w życiu, jak i w sieci, występujemy w różnych rolach, które nie do końca pokazują nas takimi, jakimi jesteśmy w rzeczywistości. Rola odsłania tylko maleńki nasz fragmencik i to często mało istotny. Próba zdefiniowania nas przypomina ślepca opisującego słonia w oparciu tylko o dotyk jego nogi lub trąby i skazana jest na niepowodzenie.
Dziś pokażę swą manię bycia praktycznym – nie wiem do końca, czy maniak to ktoś praktyczny – człowieka stąpającego twardo po ziemi i korzystającego z tego, co daje technika i cywilizacja. Pamiętam, gdy jakieś 35 lat temu fascynowały mnie teksty i kolorowe prezentacje zawarte w miesięczniku Młody Technik (format jak Readest Digest). Najbardziej fascynowała nas – młodych chłopców – japońska technika i miniaturyzacja. Pokazywano, jak dzieci mają na swój użytek kolorowy telewizor z ekranem o przekątnej nie większej niż 10 cm. W tym samym czasie komputery mające moc obliczeniową najsłabszego wspólczesnego peceta zajmowały kilkanaście pomieszczeń i ważyły kilka ton.
A dzisiaj? Dziś to wszystko mieści się w mojej dłoni. Od wczoraj mam w użytkowaniu cacko o wdzięcznej nazwie Era G1.
Aby móc z niego korzystać specjalnie przeniosłem się ze swoim dotychczasowym numerem z sieci Play do sieci Era.
Powód bardzo prosty: od lat korzystam z aplikacji google’owskich poczynając od poczty, poprzez tworzenie i przechowywanie dokumentów tekstowych, arkuszy kalkulacyjnych, prezentacji, zdjęć, tworzenie witryn etc. W swojej pracy zawodowej z racji częstej zmiany miejsca pobytu potrzebowałem czegoś poręczniejszego niż laptop, by mieć kontakt z tym wszystkim.
Wybór okazała się oczywisty. Taka miła zabawka, ale i zarazem znakomite narzędzie dla tych, co twardo stąpają po ziemi. Jedyną aplikacją google’owską z której nie korzystam to blogspot (wolę wordpressa), ale to szczegół.
Ktoś może w tym miejscu powiedzieć, że Google zmierza do monopolizacji i dominacji w nie mniejszym stopniu niż Microsoft. To prawda, ale dzięki takiej dominacji jest możliwe powszechne korzystanie z narzędzi, które ta frma daje. Czy jest zagrożenie? Pewnie tak, ale nie na tyle bym musiał sobie teraz zaprzątać tym głowę.



Vos verba