You are currently browsing the monthly archive for maj 2008.

Powyższy widok towarzyszy mi, gdy siedzę przy biurku i zerkam przez okno. Przyznam, że bardzo go lubię, gdyż tutaj mam najwięcej czasu i miejsca na refleksję, a nawet na lenienie się (nie mylić z linieniem). Za każdym razem, gdy spoglądam przypomina mi się scena z filmu Imię róży, gdy Wilhelm z Baskerville przybywa do opactwa i zostaje przyjęty w komnacie opata. Abstrahując od treści rozmowy, moją uwagę przykuł stół z księgami i tuż za nim oszałamiający mnie widok z okna. Było to miejsce, w którym można było oddać się rozkoszy myślenia i przeżywania… zazdrościłem opatowi takiego miejsca.
Prosty stół, surowe wyposażenie, ale niezwykle uderzające ciepłem i… grube księgi zawierające wiedzę znacznie wykraczającą poza to, co widoczne. Księgi, które pokazują inny świat znacznie wykraczający poza komnatę. Każda księga to inne okno i inny widok. Jak dobrze mieć wiele takich okien – pomyślałem.
Patrząc przez okno o świcie lub teraz… wiem, że za gęstą i zwartą strefą krzewów i drzew jest wąwóz głęboki na kilkanaście metrów. Biegnie nim droga na południe. Nigdy dotąd – to jest do niedawna – nie byłem po drugiej stronie drogi. Bardziej wyobrażałem sobie, jak tam jest niż wiedziałem. Pewnego dnia – w trakcie cyklicznego już dotleniania się – zapuściłem się w nieznane mi rewiry. Jakież było moje zaskoczenie i zauroczenie tym, co zobaczyłem z drugiej strony… okna. Ciągle mnie coś zaskakuje!
Szczęście to ruchome święto!



Od lewej: Widok z okna i Dom Hannelore – gobeliny autorstwa T.Sz.
(21,888)
Dziś setny wpis. Ale się tego nazbierało od września 2007. Nie będę się pastwił nad Wami i pisał o tym, co już zostało napisane. Odnotowałem to tylko gwoli kronikarskiej powinności.
A teraz pora wziąć się do roboty: pisarze do pióra, kobiety na traktory, robotnicy do fabryk. Aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej… Jeśli jakieś fajne hasła z minionej i niezapomnianej przeszłości się Wam przypomną możecie dołączyć je do komentarzy:-)))
__________
Wczoraj po południu odwoziłem na dworzec PKP moje pierworodne szczęście, które po długim łykędzie wracało dalej studiować do Poznania. Wcześniej – bo z samego rana – postanowiła poprawić czwórkę z matury z rozszerzonego języka angielskiego. Nadmienię, że maturę zdawała dwa lata temu (sic!!!). Zapytałem ją po co to robiła?
- A chciałam się sprawdzić – odpowiedziała z rozbrajającym uśmiechem.
W głowie mi się to nie mieści, by podchodzić do egzaminu maturalnego po dwóch latach wyłącznie dla sprawdzenia się i bez żadnego widocznego, czy koniecznego powodu. Sam, aż tak ambitny nigdy nie byłem. Wyznawałem zasadę: zdać, zaliczyć i – jeśli nie ma konieczności – to do tego nie wracać. Ciekawe po kim ona to ma? - pomyślałem. Owszem, badam genealogię rodziny, ale nikogo takiego ambitnego nie znalazłem… no chyba, że jej dziadek Fredek (85 lat skończy w wigilię Bożego Narodzenia). Ten to jest ambitny. Potrafi codziennie studiować i ćwiczyć język niemiecki, którym posługuje się biegle od czasów wojny. Ale żeby, aż tak przeszło to na wnuczkę?
Gdy tak jechaliśmy na ten dworzec PKP i byliśmy już w połowie drogi Oliwka zamyśliła się przez moment, spojrzała na swoją torebkę i plecak i mówi:
- Ciekawe czego dziś znów zapomniałam zapakować?
Spojrzałem na nią wymownie. Odwzajemniła spojrzenie i z rozbrajającym uśmiechem dodała:
- Ciekawe za kim to mam tatku?
Obydwoje ryknęliśmy śmiechem. Moja krew – pomyślałem z dumą.
Gdy wróciłem do domu, a Oliwka była już w drodze do Poznania, powitał mnie w progu Marcin z ciekawą informacją. W tzw. międzyczasie (nawiasem mówiąc idiotyczny kolokwializm) Oliwka zadzwoniła do brata z informacją, że zapomniała ładowarki do telefonu… I jak jej nie kochać?:-)))

(19,149)
Ostatni wpis z cyklu zasłyszane
——————--
Stoję sobie ostatnio spokojnie w kolejce do kasy w Carrefourze.
Stoję sobie ….. stoję…
Nagle zauważam przy drugiej kasie, wpatrzoną we mnie i uśmiechającą się do
mnie blondynę.
Ale jaką blondynę!
Mówię wam Karaiby, słońce, plaża, Bacardi…!
Ostatnio ładne dziewczyny się do mnie tak uśmiechały, gdy przytaszczyłem
do akademika, na drugi dzień po imprezie, skrzynkę
zimnego piwa. Ale to było 10 lat temu…
Ta jednak uśmiechała się do mnie przyjaźnie nawet bez piwa.
Jakaś taka znajoma mi się przez chwilę wydała, ale nie mogłem sobie
przypomnieć skąd…
Pewnie podobna do jakiejś aktorki…
Powoli budził się we mnie głęboko uśpiony instynkt łowcy.
Mieszanka adrenaliny i testosteronu wypełniały mój organizm.
To one kazały mi bez zastanowienia zapytać:
- Przepraszam, czy my się skądś nie znamy?
Wypadło nawet nieźle.
Lala połknęła haczyk.
Jej reakcja była szybka, uśmiech bez zmian:
- Nie jestem pewna, ale chyba jest pan ojcem jednego z moich dzieci…
Mówi się, że ludzki umysł potrafi w sytuacjach ekstremalnych pracować nie
gorzej od komputera.
Mój był w tej sekundzie w stanie konkurować z najlepszymi.
Po chwili miałem wydruk.
Zawsze używam gumek.
Zdrada małżeńska jest już sama w sobie wydarzeniem szargającym nerwy
szanującego się mężczyzny.
Po co ją jeszcze dodatkowo komplikować?
Mój komputer pokładowy przypomniał mi tylko
trzy przypadki, które były odstępstwem od tej zasady.
Koleżanka z pracy, na szczęście tak brzydka, tak, że sama jej twarz była
najlepszym zabezpieczeniem.
Koleżanka żony z pracy, na szczęście po takim alkoholu, że mi nie do końca
… tego…
Jest.
Pozostała tylko jedna możliwość. Kiedy mogłem sobie” strzelić” dzieciucha
na boku.
Nie omieszkałem podzielić się tą radosną nowiną z matką “mojego”
nieślubnego dziecka i setką kupujących przy okazji:
- Już wiem Pani musi być tą stripteaserką, którą moi koledzy zamówili na
mój wieczór kawalerski przed 8-ma laty.
Pamiętam, że za niewielką dodatkową opłatą zgodziła się pani wtedy robić
to ze mną na stole w jadalni na oczach moich klaszczących
kolegów i tak się pani przy tym rozochociła, że na koniec za darmo zrobiła
im pani wszystkim po lodziku!
Zaległa całkowita cisza.
Nawet kasjerki przestały pracować.
Wszyscy wpatrywali się na przemian we mnie i w czerwieniącą się coraz
bardziej ślicznotkę.
Kiedy osiągnęła kolor znany w kręgach muzycznych jako “Deep Purple”
wysyczała przez śliczne usteczka:
- Pan się myli!
Karaiby zastąpiła Arktyka
- Jestem wychowawczynią pana syna w 2b…
(18,875)
Do pana Zdzicha Kwiatkowskiego, który od dłuższego czasu nic opłaca rachunków za gaz, przyszło upomnienie w dość ostrym tonie, podpisane przez kierownika działu windykacji Zakładu Gazowniczego.
Pan Zdzich wziął kartkę papieru, usiadł przy biurku i odpisał, co następuje:
Szanowny Panie,
Pragnę Pana poinformować, iż raz na miesiąc, gdy otrzymuję rentę, zbieram wszystkie rachunki dotyczące opłat za mieszkanie i resztę mediów. Wrzucam je do dużego dzbana, mieszam i losuje trzy, z którymi idę na pocztę i opłacam.
Jeżeli pańska Instytucja pozwoli sobie choćby jeszcze raz przysłać do mnie list utrzymany w podobnym tonie, to jej faktury na rok zostaną wykluczone z loterii.
Z poważaniem Zdzisław Kwiatkowski
W odpowiedzi miły Pan z Gazowni odpisuje:
Informujemy, iż w przypadku braku wpłaty w terminie 14 dni od daty niniejszego pisma kartka z Pańskim nazwiskiem zostanie wrzucona o komory maszyny losującej, a następnie Pańskie nazwisko zostanie wylosowane.
Głównymi nagrodami są:
1. Przerwanie dostaw gazu
2. Przerwanie ostaw renty
3. Wycieczka do najbliższego miejscowego Sadu Rejonowego
4. Wizyta miłych Panów z działu Windykacji, tudzież wizyta Komornika.
Zapraszamy do wzięcia udziału w loterii…
——————–
PS. Powoli wracam do świata blogowego zatem komentarze do komentarzy uzupełnię jutro
Ta z goła niewinna notka, jakich wiele w necie z różnymi mniej lub bardziej interesującymi ciekawostkami, przeczytana wczesnym porankiem w pierwszym dniu długiego weekendu – sprowokowała mnie do zastanowienia się Co ja tutaj robię? Skoro nie mogę już spać – kiedyś bardzo to lubiłem – to powinienem cieszyć się wolnym czasem i zająć się pożyteczniejszymi sprawami niźli przeglądanie netu i blogów. Trawnik czeka na skoszenie, okna do mycia też się garną, a pies czeka na kąpiel (dobrze, że tego nie potrafi przeczytać). Jakoś tak zatęskniłem za zajęciami prozaicznymi, ale kojącymi swą prostotą i nieskomplikowaniem umęczoną psyche. Nadto najbliżsi czekają na czas, który im poświęcę… rozmowy, spacery, delektowanie się byciem-ze-sobą.
Celestyna – prababcia moich dzieci ukonczyła wczoraj 93 lata i dziś czeka na nasz przyjazd. Miasto i okolice zapraszają mnie do miejsc, do których jeszcze nie dotarłem w ciągu 33 lata zamieszkania. Koniecznie pod ręką musi być aparat cyfrowy – takie małe uzależnienie, ale w trosce o potomnych. A stare zdjęcia w kartonach i przewiązane listy z kilkudziesięciu lat oraz notatki nie mogą doczekać się na swoje miejsce w opracowywanej genealogii :-)
Zmykam zatem natlenić, dotlenić i oczyścić swego ducha i emocje i… wymieść wszystko, co do tej pory było zmiecione pod dywan. Nie będzie tak, że jakoś to będzie. Od poniedziałku znów będę mógł bez problemu wstrzymać oddech na kolejne dni morderczego biegu. Może trochę patetycznie to zabrzmiało, ale niech tak już zostanie.
_____________________________
Inny świat. Kilka zdjęć dzieł stałej bywalczyni tego miejsca, czyli Babki z Gdyni (T.Sz.) Obrazy są tkane, a nie malowane. —————————–



(18,079)









Vos verba