You are currently browsing the monthly archive for marzec 2008.

Powiem szczerze, że gdy przeczytałem tę notkę to aż mnie zatkało. Nie wnikam w szczegóły przyjaźni i znajomości Pana Zbigniewa Ziobro. Mnie też może i spodobałaby się Patrycja Kotecka – szefowa wiadomości TVP – ale pewnych rzeczy urzędującemu ministrowi sprawiedliwości nie przystoi.
Wiemy, jaką rolę odgrywają media publiczne i jaki wpływ mają i chcą mieć nań politycy. W sytuacji, gdy pojawiają się podejrzenia o zażyłe relacje osób odpowiedzialnych za informację z przedstawicielem władzy, wszystko, co dzieję się po jednej, jak i po drugiej stronie staje się podejrzane. Bo nie jest normalne, że dziennikarka pisze scenariusze na laptopie ministra. Użyczyć to on może swój prywatny laptop. Wszelkie tłumaczenia są tu funta kłaków wart i mam je – za przeproszeniem – w… głębokim poważaniu.
O ile jeszcze jakiś czas temu gotów byłem zachować dystans do tego, co się mówi i pisze o czołowych budowniczych IV RP, o tyle dziś kropla przelała kielich. Są tacy, jak dawniejsi i dogorywający już kawalerowie orderu budowniczych Polski ludowej.
Łuski z oczu opadły i czas, by do reszty zdystansować się od polityki i tego, co zaprzątało dotąd moje polityczne emocje. Ma rację Korwin-Mikke twierdząc, że demokracja – w przeciwieństwie do monarchii – demoralizuje . Czas ją przywrócić… przynajmniej mentalnie i we własnej przestrzeni myślenia i postrzegania rzeczywistości.
Mam – jak już kiedyś wspominałem – do przeżycia jeszcze 47 lat :-), zatem poświęcę je na bardziej pożyteczne sprawy niż polityka. Owszem będę obserwował i śledził to, co się dzieje, ale już w żadnych aktach wyboru władzy nie będę brał udziału… Nie chcę być współodpowiedzialny za przygnębiającą rzeczywistość demokracji. Władza ludu to tak naprawdę władza motłochu. Wyższe racje i motywacje grzęzną zagłuszane wrzaskiem panem et circenses.
Jedyne, co mnie teraz może poruszyć to wybór króla.
Vivat Rex Polonorum!!!
(8,489)
Gdy wszyscy cię już zawiodą, nie możesz już liczyć na nikogo i nikt już na ciebie nie czeka, jest jeszcze Ktoś (nie coś!!!), Kto temu wszystkiemu przeczy i nie zmienia swego przywiązania do ciebie. Jest w swej wierności niezmienny i twardy, jak grunt pod stopami.
Twój najlepszy i najwierniejszy przyjaciel… pies.

Jestem w stanie napisać swoją historię życia, gdzie epokami będą imiona moich ukochanych psów: Lobo, Bambina, Czarek, Perła, Diana, Perła (kolejna), Punia i teraz Pestka. W tzw. międzyczasie – to jest przed Punią – był jeszcze kot Bonifacy.
Historia pojawienia się Pestki w rodzinie jest bardzo ciekawa i pouczająca… Gdy tak sobie pomyślę, to przyznam, że to była operacja dyplomatyczna na miarę negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. A było to tak:
Gdy Punia – rudy śliczny lisek wzięty ze schroniska – została uśpiona było to tak wielkie przeżycie dla nas i dzieci, że postanowiliśmy nie mieć już więcej żadnego przyjaciela św. Franciszka w domu. Ale, jak to bywa, postanowienia uwierające są często zmieniane.
Wytrwaliśmy w tym postanowieniu 2 lata. Pewnego razu, gdy koleżanka małżonka wyjechała na jakieś tygodniowe szkolenie, rządy nad domem i pociechami dzielnie przejąłem i zawiadywałem całą menażerią. Dzięki Bogu, partii i… jedynej ukochanej teściowej, nie wywołaliśmy pożaru, ani też innych kataklizmów oraz plag egipskich na siebie nie ściągnęliśmy. Wtedy to Oliwia – moja pierworodna – zagadnęła do mnie, gdy tak siedzieliśmy sobie w pewne majowe popołudnie przed domem:
- Tatkuuuu! Gdy mamusia wróci ze szkolenia porozmawiajmy, żebyśmy znów mogli mieć pieska. - Jeśli będziemy czekać na mamę, to nigdy nie będziemy mieli pieska – chlapnąłem.
Gdybym wiedział, jakie skutki przyniesie ta moja szczera, acz nierozważna – zdawać by się mogło – wypowiedź, pewnie ugryzłbym się w język.
- To wiesz co? Byłam w schronisku i już sobie wypatrzyłam. Jest tam taka śliczna suczka i taka kochana. Nikt od roku nie chce się nią zaopiekować.
No i masz babo placek. Słowo się rzekło i trzeba było działać nie czekając na powrót najwyższej – niczym sąd ostateczny – instancji, czyli koleżanki małżonki. Pojechaliśmy i przywieźliśmy śliczną suczkę o wdzięcznym imieniu Pestka. Dobrze… pies w domu, ale co wymyślimy na wytłumaczenie, że nagle przybył jeden domownik.
Do operacji pod kryptonimem mydlenie oczu koleżance małżonce wprzęgnęliśmy babcię. Postanowienia były następujące: babcia jest właścicielem Pestki, a Oliwia jest opiekunką. A skoro właścicielem jest babcia, to koleżance małżonce nic do tego, a poza tym wnuczka nie może i nie powinna odmówić pomocy babci :-)))).
Pies był już 3 dni, gdy do domu powróciła wyszkolona wszechstronnie koleżanka małżonka. Mimo swej przebiegłości i chytrości uległa sile naszych argumentów, pokrętnej konstrukcji własnościowej-opiekuńczej i… urokowi Pestki (patrz zdjęcie wyżej). Plan był tak chytry, że sytuacja było nie-do-odkręcenia i… Pestka jest z nami do dzisiaj.
* Słowa z piosenki śpiewanej w czołówce programu dla dzieci pt. ZWIERZYNIEC (przełom lat 60/70).
(7,813)
Wczoraj wracając z pracy do domu zwróciłem uwagę na ogromny napis na ścianie sklepu meblowego: Największe Centrum Meblowe w Koninie!!! Zamurowało mnie, a mój samochód z wrażenia omal nie zatrzymał się w… centrum ulicy. Tyle razy przejeżdżałem obok i nigdy nie doznałem takiego olśnienia. Jak sądzę apostoł Paweł pod Damaszkiem musiał być podobnie porażony, z tym tylko, że poruszał się konno, a jak wiemy konie potrafią wrażenie wyrazić tak samo, jak konie mechaniczne tylko, że… bardziej (poprzez koński śmiech).
W tym momencie uświadomiłem sobie , że nastąpiła dewaluacja sensów i znaczeń wielu słów którymi się posługujemy na co dzień i przestają one robić wrażenie. Pamiętam, gdy na początku lat 90-tych wybuchła wolność i wielu ambitnych i pełnych wiary w świetlaną przyszłość ludzi podejmowało działalność gospodarczą. Na targowiskach i dostępnych placykach rozstawiano łóżka polowe, a w maleńkich pomieszczeniach otwierano sklepy maści wszelakiej. Pamiętam, jakie piorunujące wrażenie zrobił na mnie niewielki sklepik spożywczy – raptem kilkanaście metrów kwadratowych – z uderzającym napisem MARKET SPOŻYWCZY. Po jakimś czasie, gdy pojawił się pierwszy duży sklep sieciowy z kapitałem zachodnim, rzeczony sklepik zmienił nazwę na MiniMarket. Funkcjonuje do dzisiaj.

Lubimy wyolbrzymiać rzeczy i sprawy niczym rybak chwalący złowioną taaaaaką… rybą. Chyba jest w nas coś z atawizmów, które każą nam na współczesną modłę stroszyć piórka. Wokół nas pełno centrów handlowych, centrów miast, dworców centralnych, czy poglądów politycznych mieszczącym się w centrum. Jeśli dalej pójść tym tropem to spotkamy studium urody, studio reklamy, czy wystroju wnętrz… wszystkie, albo przynajmniej w większości, przypominające przywołany wyżej (Mini)MARKET.
ZADANIE DLA CHĘTNYCH:
Rozpoznaj marki samochodów stojące przed domami Centrum (zdjęcie powyżej). Dla ułatwienia dodam, ze są to 4 różne marki.
(7,176)
Papież prowokuje i obraża islam – takie komentarze arabskich mediów przytacza wtorkowa włoska prasa, informując jak szerokim echem w świecie muzułmańskim odbiło się ochrzczenie przez Benedykta XVI jednego z najbardziej znanych włoskich dziennikarzy >>> Więcej>>>.
Polityczna poprawność Europy nakazująca szacunek dla wszystkich odmiennych kulturowo i religijnie nacji zaczyna przynosić zatrute owoce i potwierdzać, że taka postawa prowadzi na manowce. Ministrowie europejskich rządów prześcigają się w przepraszaniu muzułmanów za niestosowne wypowiedzi… niektórzy nawet są odwoływani, by zmazać przewinę słowa wobec islamskich gołąbków pokoju. Oświeceni Europejczycy – w przeciwieństwie do Ciemnogrodzian znad Wisły – są tak antychrześcijańscy, że nie są w stanie wpisać w preambułach aktów konstytucyjnych odniesień do kultury i systemu wartości, na których zasadza się Europa. Zachowują się tak, jakby w ciągu 2000 lat nie było tu chrześcijaństwa.
W Arabii Saudyjskiej toleruje się ścinanie mieczem i zakaz noszenia symboli chrześcijańskich – opór wobec reżimu jest odwrotnie proporcjonalny do petrodolarów, natomiast w Europie pozwala się na stawianie meczetów, które stały się wylęgarnią janczarów radykalizmu. Nieważne, że autorytety islamskie wypowiadają się, iż jest to niezgodne z duchem islamu, a islam jest religią miłości i czynienia miłosierdzia. Dobrze wiemy, że autorytety niewiele mają do powiedzenia poza mediami, w których o nich głośno. Najważniejszy jest mułła kierujący daną wspólnotą. Liczy się więc faktyczny stan zachowań i zagrożeń, jakie dla naszej cywilizacji niesie islam, a nie nasze wyobrażenie, jaki powinien być islam zasad wynikających z Koranu.

Nie trzeba być osobą religijną, by to dostrzegać. Można być nawet ateistą tak, jak w filozof prof. Bogusław Wolniewicz, czy we Włoszech – zmarła niedawno dziennikarka – Oriana Falacci (przeprowadziła wywiad z Chomeinim).
Dochodzimy do paranoji. Można Kościół Katolicki lubić, bądź nie, ale nie może być tak, że Żydzi, czy ktokolwiek inny, będą składać protesty i ustalać treść modlitwy na Wielki Piątek. Chodzi o to, że w przywróconej przez papieża treści mszału trydenckiego, jest modlitwa o nawrócenie Żydów. No, mój Boże!!! Taka jest natura Kościoła i chrześcijaństwa w ogóle, że chce, by wszyscy ludzi uwierzyli w głoszoną przez niego prawdę. Przecież nie jest to nawracanie na siłę. Teraz zaś doszło jeszcze to, od czego zacząłem ten wpis… Muzułmanie chcą mieć wpływ na to, kogo wolno wolno papieżowi ochrzcić, a kogo nie. Nie zapominajmy, że są kraje islamskie, gdzie konwersja na inną religię jest karana śmiercią.
Współczesny islam to nie Avicenna (Ibn Sina) żyjący w latach 980-1037, czy inni myśliciele islamscy, którzy pojawili się w wiekach średnich. To dzięki nim zachowała się i przetrwała myśl filozoficzna Greków.
Jakiej Europy chcemy???

(6,744 )
UPRZEJMIE PROSZĘ PT. KOMENTATORKI I KOMENTATORÓW, BY ŁASKAWIE WYPOWIADALI SIĘ JEDYNIE W PRZEDMIOCIE MOJEGO WPISU. OSOBISTE INFORMACJE I PRZEKAZY – BYĆ MOŻE DLA NIEKTÓRYCH BARDZO INETRESUJĄCE – PROSZĘ PRZENIEŚĆ DO KANAŁÓW MAILOWYCH, GADU-GADOWYCH, CZY SKYPE’OWYCH.
Z GÓRY DZIĘKUJĘ
Pamiętam, gdy przed wielu, wielu laty, na lekcjach plastyki przybliżano nam nieco historię sztuki poprzez pokazywanie prehistorycznych rysunków naskalnych odnalezionych w jaskiniach na terytorium Francji. Pamiętam też niesamowite odczucie i emocje towarzyszące mi, gdy wodziłem palcami po zdjęciach, które przedstawiały zwierzęta i ludzi tamtych czasów. Ktoś przed tysiącami lat, ktoś kogo twarzy nigdy nie poznamy zostawił coś, co my możemy dotknąć i poczuć niemalże… To prehistoryczna fotografia tego, co widział prehistoryczny człowiek, ilustracja tego, co go zajmowało i co było dla niego ważne.
Teraz wiemy, że przekazujemy siebie w genach, ale czy nie chcielibyśmy mieć kawałka ściany w jaskini, która przyjęłaby nasz zapis… trwalszy niż cokolwiek?

Rysunek naskalny z jaskini Lascaux we Francji, prawdopodobnie sprzed 15 000 lat
Okazuje się, że wielu współczesnych – nie wiem tylko, czy zafascynowanych tak, jak ja przed laty, śladami prehistorii – podejmuje mniej lub bardziej udane próby pozostawienia trwałego śladu po sobie.



Już drugi raz z rzędu Onet zainspirował mnie do refleksji, tym razem na temat świąt paschalnych. Niestety są to refleksje raczej smutne i tęskniące za czymś, co przeminęło bezpowrotnie. Jeśli ktoś oglądał musical o wdzięcznym tytule Skrzypek na dachu lub jego filmową adaptację to zapewne pamięta śpiewaną dobitnie frazę TRADYCJA. A tradycja to było to, co odróżniała wadzącego się i kłócącego ze swoim Bogiem Tewje Mleczarza od gojów. Tradycja była tym, co nadawała jemu i jego pobratymcom charakterystyczny rys i znamię, które było… wybraństwem i przekleństwem zarazem.
Pewien liberalny Żyd – dziennikarz nowojorski, agnostyk i liberał – postanowił przez rok żyć zgodnie z nakazami zawartymi w Biblii (Rok w zgodzie z Biblią). Nie byłoby w tym nic dziwnego i wręcz godnego uznania, gdyby nie to, że służyć to miało tak naprawdę napisaniu książki o niemożności życia zgodnie z tym, co w dosłownym znaczeniu wymagają święte księgi. Na koniec zarobił na swej książce spore pieniądze, gdyż stała się bestsellerem (brrrrrrrr!!!)… najlepiej sprzedawaną książką. Sprawdza się w tym przypadku stara łacińska maksyma, że pecunia non olet*.
Co do istoty rzeczy twierdzę, że ani przez moment nie żył w zgodzie z Biblią, gdyż zabrakło tam najistotniejszej rzeczy… łaski wiary, która proste nakazy i zakazy czyni żywymi i sprawia, że człowiek wewnętrznie przyjmuje je za swoje.

Przykład a rebours! Czym są święta Wielkanocy, dla przeciętnego katolika w Polsce. To przede wszystkim zachowany zwyczaj – celowo nie piszę tradycja – siadania do śniadania z tradycyjnie postawionym pokarmami: jajko, szynka, biała, kiełbasa, chleb, masło, ciasto, oczywiście sól, pieprz i chrzan. Nikt nie sięga już do skrywanej w tych pokarmach symboliki i przesłania religijnego, choć szczerze mówiąc nie mają one biblijnego podłoża. No może poza… solą (por. Ewangelia wg Mateusza 5:13). Z resztą pokarmy nijak się mają do opisywanych przez Nowy Testament zdarzeń paschalnych poza nadanym im później sensem i po zaadoptowaniu obyczajów pogańskich na gruncie chrześcijańskim. Największą adopcją pogaństwa są oczywiście święta Bożego Narodzenia.
Wracając jednak do istoty refleksji chcę napisać tylko jedno: pozostała forma, natomiast treść wyparowała… nasze zachowania i tradycje są wydmuszką, gdyż tak naprawdę nie wierzymy w to, co tradycja symbolizuje, a może nie wierzymy dlatego, że bardziej skupiliśmy się na formie niż na treści… niestety. Dlaczego? Bo tak nam wygodniej, bo mamy inny system oglądu świata i człowieka niż daje nam religia?
Odczuwam z tego powodu pewien żal, ale jestem mentalnie wobec tych tradycji na zewnątrz. Obserwuje nie tylko innych, ale i siebie samego. Choć w przeciwieństwie do innych mierzi mnie, gdy w każdej witrynie, w każdej reklamie komercyjnie kicają zajączki i turlają się jaja.
Nie ma pointy, bo trudno ją mieć o 6 rano, ale… wbrew nadziei miejmy nadzieję. Jeśli nie możemy wierzyć, przynajmniej pomyślmy o tym przez chwilę. HALLELUYAH!
PS. Poza refleksją jestem ciekaw, jakie są Wasze rozumienia symboliki pokarmów i zachowywanie tradycji śniadania wielkanocnego.
(6,135)
W spowalniającym już nieco tempie dnia zerknąłem na portal ONET i natrafiłem na notkę (Tysiącletni chłopiec), która wzbudziła moje zainteresowanie, a dotyczyła rekonstrukcji wyglądu twarzy 4 osób sprzed 1000 lat. Niby nic szczególnego – wszak techniki kryminalistyczne pozwalają na tego typu rekonstrukcje prawdopodobnego wyglądu osób w oparciu o ich czaszkę.
W tym momencie przypomniały mi się moje drobne rekonstrukcje związane poszukiwaniami genealogicznymi. Konkretnie rekonstrukcje zniszczonych zdjęć lub poszukiwania zaginionych zdjęć. Mimo, iż czasowa odległość jest nieporównywalnie mniejsza, jednak emocje osobiste nieporównanie silniejsze.

.jpg)
Powyższe dwa zdjęcia były w dużej części zniszczone po pożarze i miały spore ubytki Obydwa zostały zrekonstruowane mówcza pracą. Od lewej: ukochana babcia Stefania (1892-1982), po prawej: Babcia Stefania z moim Tatą (1926).

Inny ciekawy przypadek związany z poszukiwaniami zdjęcia pradziadków opisałem w Historii portretu. Powyżej zdjęcie ilustrujące tę historyjkę (Józefa i Kazimierz Rajewscy).
Genealogia jest dla mnie taką szczególną formą połączenia archeologii i kryminalistyki… ale jakże twórczą i emocjonującą.
(5,737)
Mówimy o kimś marzyciel, pięknoduch, albo, że nosi głowę w chmurach… Dziś postanowiłem dołączyć do kolekcji swoich ulubionych określeń marzyciel. Może właśnie na przekór stereotypom. A stereotypy należy oswajać i nadawać im nowy sens. Tak samo, jak wcześniej pisałem o zazdrości
W końcu – zdradzę to po raz pierwszy publicznie – zamierzam dożyć 94 lat, a półmetek niedawno świętowałem i była okazja do podsumowań. Zrobiłem bilans i parę rzeczy muszę w drugim semestrze życia zrealizować.
Po pierwsze – primo. Zadbać o zdrowie. A jak o zdrowie, to i o kondycję. Do porannej 5-10 minutowej gimnastyki, którą z większym lub mniejszym powodzeniem uprawiam od jakiegoś czasu, dołożyłem dziś intensywny wieczorny spacer (5 km). Zamierzam w tym być zdyscyplinowany. Nie wiem tylko, czy Pestka – dla niewtajemniczonych informacja, ze to mój najbardziej oddany i wierny domownik – wytrzyma tempo codziennych spacerów. Próbowałem wciągnąć w ten prozdrowotny spacer Marcina, mojego 17-letniego descendanta, ale wykręcił się nauką. Zresztą jak zwykle, gdy coś jest do zrobienia i związane jest z wysiłkiem.
Pestka z Oliwią
Jak to mówią Nie pamięta wół jak cielęciem był. No pamięta, pamięta, ale wydaję się mu, że może tym razem będzie skuteczniejszy niż jego rodzice w stosunku do niego samego. Pamięta także, jak mama sprawdzała, czy bierze ze sobą ciepłą czapkę, czy ubiera ciepłą bieliznę etc. i mówi, bo jak ja byłam w Twoim wieku też nie słuchałam rodziców… Wiem, że nie słuchała, ale chyba na tym to polega, że jest napięcie międzypokoleniowe i młodsze pokolenia z definicji, wręcz urzędowo… nie słucha rad rodziców.
Po drugie wreszcie… i po secundo też (a jakże!). Za bardzo się rozpisałem i na dziś poprzestanę na tym jednym marzeniu. Może za jakiś czas będę skoczny, jak ten pasikonik po prawej stronie nagłówka mego bloga – oczywiście, jeśli wytrwam w postanowieniach – i wtedy będzie można o mnie mówić facet, jak marzenie…
Nie mylić, broń Boże, z Marzeną.
Fotograficzne POSTSCRITUM (2008/03/19)



—————————————-
RZEKA MARZEŃ
(5,129)
Dzisiaj planowałem porządki w ogrodzie wokół domu, ale skończyło się na… umyciu 7 okien. Do tego doszło zdejmowanie firanek i instalowanie ich ponownie po wypraniu. Ten nadludzki dla mężczyzny wysiłek przypłaciłem krótką, ale za to regenerującą i przywracającą siły witalne, drzemką. Ktoś mógłby pomyśleć, że to porażka planu związanego z ogrodem, ale wychodzę z całkiem przeciwnego założenia… to sukces!!! I to nie dlatego, że je umyłem, ale z powodu liczby SIEDEM.
Siódemka w niektórych kulturach uchodziła i uchodzi za coś doskonałego, tak samo jak kula. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, jaką rolę odgrywają w Waszym życiu liczby. Pewnie w mniejszym lub większym stopniu tak, choć nie ma żadnych dowodów na to, że jest związek między liczbami a natężeniem dobrych zdarzeń w naszym życiu.
Moje liczby to 7, 8, 13 – tę liczbę w połączeniu z piątkiem lubię w sposób szczególny – 18, 25, 30, 40 i 44 oraz 94. Próbuję ustalić jeszcze kilka, które mieszczą się w przedziale pomiędzy 44 a 94.
W życiu każdego człowieka jest jeszcze jedna liczba doskonała. Znacznie wykracza poza podany wyżej katalog i jest niepoliczalna, jak gwiazdy na niebie, czy… piegi na twarzy i ramionach.
Gwiazdy są jak piegi… śliczne :-)

(4,833)
O zazdrości można tak, jak o zmarłych… albo dobrze, albo wcale. Skoro piszę, to niechybnie znak, że będę pisał o tym uczuciu wyłącznie dobrze. Z resztą nawet nie mam powodu, by pomyśleć o zazdrości negatywnie. Większość oczywisto-oczywistych opinii wynika z uprzedzeń i nieznajomości prawdziwej zazdrości. Często mylona jest po prostu z zawiścią, a jest między nimi taka różnica – istotna – jak między altruizmem a egoizmem. Niektórzy twierdzą i jest w tym sporo racji, że altruizm i egoizm to dwa przeciwstawne bieguny tego samego uczucia. Chodzi o to, by na suwaku określającym stopień jednego i drugiego uczucia unikać pozycji skrajnych.

Zawiść to uczucie i emocje nastawione przeciwko drugiemu człowiekowi, przeciwko powodzeniu i szczęściu innych. Zawistnik wręcz modli się, by kogoś spotkało nieszczęście. Jeśli ktoś wygrał fortunę, by ją stracił, jeśli zbudował dom, by tornado lub inny żywioł zniszczyło go, jeśli ma dobrze płatną pracę, by ją stracił etc., etc. …
ZAZDROŚĆ – to uczucie, którego doznaję widząc, jak znakomity sportowiec odnosi sukces i zazdroszcząc mu… chcę przynajmniej dorównać. Jeśli sąsiad zbudował firmę, która dobrze prosperuje, to sam staram się swoją rozwinąć jeszcze lepiej, a swojej pozycji materialnej nie buduję poprzez donos na niego do urzędu skarbowego lub do innych wrażych obywatelom instytucji. Jeśli ktoś ma talent w jednym, to swój rozwijam w innej dziedzinie.
Zazdrość nie zatruwa, ale motywuje.
Poniżej przedmioty, które wczoraj wywołały we mnie uczucie zazdrości :-). Właściwie to nie one same wzbudzają moją zazdrość, ale talent i wyobraźnia, dzięki którym Anisia Gwiazdolica wyczarowała je.




Może w ten lub następny weekend wezmę się za rękodzieło, a jak nie starczy mi determinacji to przynajmniej skopię ogródek i zrobię wiosenne przydomowe porządki.
(4,520)


Vos verba