You are currently browsing the monthly archive for luty 2008.
Zima - która tak naprawdę się nie zaczęła - ma się ku końcowi – tak wieszczą meteorologowie, a mnie naszedł bez ostrzeżenia przedziwny patriotyczny nastrój. Skąd się przyplątał do mnie zew patriotyzmu nie wiem tak do końca. Wieczorkiem przeszukując Youtube przypomniałem sobie, że jesienią na kanale Discovery były emitowane krótkie filmiki historyczno-patriotyczne, które w niespotykanej i zaskakującej formie mówiły o doświadczeniach II wojny światowej. Nie wiem jak inni reagowali na tę formę edukacji patriotyczno-historycznej, ale mnie to bardzo wzruszało.
Teraz mamy czas i klimat dla patriotyzmu odmienny niż jeszcze 10-15 lat temu, gdy przyznawanie się do niego było obśmiewane przez krąg polityczny skupiony wokół Gazety Wyborczej i tzw. salonów warszawskich. Każde ugrupowanie lub osoba odwołująca się do patriotyzmu była ostro atakowana i uznawana za endeka lub faszystę, a każdy, kto krytykował kogoś za działalność publiczną – a dana osoba miała jakieś proweniencje żydowskie – natychmiast był obwoływany antysemitą. Naród, ojczyzna, patriotyzm były ciemnogrodem, zaściankiem Europy i wszystkim najgorszym. Elity niosły kaganek oświecenia, a głupi naród – nie nadążający za nimi – nic nie rozumiał.
Dla wielu osób, które doświadczyły okropności wojny i ustroju przyniesionego w 1944 roku przez Sowietów, takie postponowanie dotychczasowych postaw było niezrozumiałe. Nigdy dotąd nie przypuszczali, że ich ideały i postawa mogą być czymś niewłaściwym, a nawet nieprzyzwoitym.
Moje doświadczenie patriotyzmu i klimat do niego czerpałem z atmosfery domu i przekazów rodzinnych. Ojciec będąc młodzieńcem wojnę spędził na robotach w Niemczech, jego starszy brat Henryk wziął udział w kampanii wrześniowej (Armia Poznań) i wylądował w obozie jenieckim, z którego wyszedł na koniec wojny. Nigdy już nie odzyskał zdrowia i równowagi psychicznej. Dziadek Władysław musiał po wojnie ograniczyć działalność gospodarczą do jednoosobowego warsztatu. Dziadek Władysław musiał po wojnie ograniczyć działalność gospodarczą. Produkował bryczki i wolanty. Po wojnie nowa władza nękała go ciągłymi kontrolami i domiarami.
Dziadek Roman w 1913 roku uciekł przed carskim wojskiem do USA, a później w 1917 – po ogłoszeniu przez prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona programu pokojowego (patrz pkt. 13 dotyczący niepodległości Polski) – zaciągnął się do Armii USA i walczył w Europie. W latach 20-tych powrócił do Polski. W czasie II wojny światowej był na przymusowych robotach w Niemczech. Po wojnie wrócił do swego gospodarstwa rolnego kupionego w czasach wielkiego kryzysu. Był kułakiem i wrogiem postępu. Za czasów Bieruta przesiedział rok w więzieniu.
To tylko niektóre obrazki pokazujące odmienność doświadczenia rodzinnego sprzecznego z ówcześnie promowanym antypatriotyzmem.
Łatwo krytykuje się patriotyczne postawy, gdy nie trzeba nic poświęcać i ryzykować. Można bez konsekwencji być koryfeuszem najgłupszych i najbardziej szkodliwych postaw i poglądów.
Być patriotą to w czasach trudnych oddawanie cząstki siebie… zdrowia, a czasami i życia. W czasach pokoju – pamiętanie o tych, dzięki którym ten czas został nam podarowany.
(2,291)
6ebc1cc46fd15bc70a6c8360f4d930ce
W mojej stutysięcznej miejscowości z powodzeniem działał przez okres blisko 40 lat – na gruncie duszpasterskim i społecznym – ksiądz prałat Antoni. Postać wobec, której mało kto był kiedyś obojętny. Wzbudzał zachwyt jednych i nienawiść drugich.
Na przełomie lat 60/70 budował kościół walcząc z przeciwnościami ówczesnej władzy, która robiła wszystko, by spowolnić budowę skoro już dopuściła do jej realizacji. Później przez okres lat 80-tych wspierał Solidarność. W okresie przełomu (1989) wspierał ludzi, którzy opowiedzieli się po stronie ROAD* (czy ktoś jeszcze pamięta tę formację?).
Prałat budził skrajne emocje. Ludzie, których nie popierał, skupili się w sąsiedniej parafii, gdzie mieli swoją bazę i przestrzeń do działania.
Później, gdy już formacje i ruchy polityczne się usamodzielniły i wyszły z kruchty kościelnej, ksiądz pod wpływem swych politycznych przyjaciół założył Fundację mająca wspierać potrzebujących. Powstały apteki i przychodnia. Tym wszystkim zawiadywał znany w mieście lekarz ortopeda i jego żona.
Kilka lat temu prałat odszedł na emeryturę, ale fundacja działała dalej kierowana przez ludzi, którym zaufał. Problemy finansowe fundacji spowodowały dochodzenie prokuratury, przesłuchania zarządu fundacji i fundatorów… w tym także samego prałata. Sytaucję od strony prawnej nie miał mało komfortową, bo zamiast podziękowań pojawiły się zarzuty.
Jakiś tydzień temu w naszym lokalnym tygodniku ukazał się wywiad z emerytowanym księdzem. Mówił o swoim kapłaństwie, wspólnocie życia w domu księży emerytów, swojej pracy w mieście. Nigdy bym nie przypuszczał, że ten wywiad wywoła lawinę zmyśleń i najdziwniejszych opowieści .
Pani Jadzia – w wieku już prawie emerytalnym – która wszystkich zna i wszystko wie ogłosiła w biurze, że prałat popełnił samobójstwo, a wywiad gazeta opublikowała w porozumieniu z kościołem, by zamaskować to wydarzenie. Pomyślałem, że kobieta głupoty opowiada. Ale wracam do domu, a tu słyszę to samo. Wchodzę na lokalny portal, a tam pojawiają się pytania od czytelników.
Kurtka w dętkę – myślę sobie cytując moją ulubioną “klasyczkę”. Coś jest na rzeczy! Ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju: prałat z wielką radością mówił w wywiadzie swoim kapłaństwie, swojej emeryturze. Wykonałem kilka telefonów do rzeczywiście dobrze poinformowanych źródeł kościelnych. I cóż się okazało? Prałat ma się całkiem dobrze, poza dolegliwościami charakterystycznymi dla tego wieku (80 lat), ale nic nie wskazuje, by wybierał się lub zamierzał w sposób przyspieszony wybrać na tę drugą stronę.
Na drugi dzień mówię dobrze poinformowanej pani Jadzi, że to śmieszna plotka z tym prałatem. A ona niczym niezrażona wypaliła. No może prałat żyje, ale biskup Roman** to na pewno popełnił samobójstwo!!!. No tego było mi już za wiele.
- A skąd Pani to wie? - Jak to skąd? A dlaczego został pochowany w Licheniu a nie w katedrze? - Bo taki miał zapis w testamencie – odpowiedziałem. - Akurat!!! – wypaliła pani Jadzia – Nawet wieńców było mało, a pomnik postawili mu dopiero później.No cóż! Wobec tak mocnych argumentów musiałem skapitulować. Są ludzie, którzy zawsze wiedzą lepiej i więcej. Mają też tajemną wiedzę nt. ilości wieńców i kwiatów, jakie pojawiają się na grobie biskupów samobójców:)
PLOTKA POTĘGĄ JEST I BASTA!
—————————————————
*ROAD – Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna; poprzedniczka partii o nazwie Unia Wolności – nazywanej czasami żartobliwie Mumią Wolności.
** Roman Andrzejewski (1938 – 2003) – biskup pomocniczy diecezji włocławskiej
(2,094)
Dziś rano przeczytałem na Onecie intrygujący wywiad z Johnem Nashem – pierwowzorem książki i filmu pt. Piękny umysł. Wywiad dotyka nieodgadnionych tajemnic umysłu ludzkiego i zależności rozwoju świata od szaleństwa… niektórych.
Szaleństwo zaczyna się wtedy, gdy człowiek odkrywa w swoim umyśle inną rzeczywistość i czasami wybiera ją, bo daje mu ona więcej szczęścia niż ta będąca udziałem normalnych ludzi (John Nash). >>>>Cały wywiad >>>>
Nie musimy uciekać się aż tak daleko – do Ameryki, literatury, czy filmografii – by zetknąć się z ludźmi żyjącymi na pograniczu dwóch światów i tak naprawdę niemającymi do końca świadomości, że z nimi jest coś nie tak. To pozostali są dla nich jacyś dziwni i niezrozumiali.

Pamiętam ten piękny słoneczny sierpniowy poranek 1976 roku, gdy mój starszy brat podjechał radzieckim motorowerem marki Verhovyna, by radośnie obwieścić rodzinie, że ma syna. Pierworodny dostał na imię Kamil na cześć Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W szkole podstawowej był bardzo zdolnym uczniem, nauka właściwie nie sprawiała mu żadnego problemu i nie zabierała mu czasu.
W wieku 13 lat wyjechał z rodzicami do Niemiec zachodnich… było to tuż przed 4 czerwca 1989 roku. Kamil od września poszedł do niemieckiej szkoły i miał całkiem dobre wyniki, zwłaszcza chłonął język niemiecki i całą wyobraźnia swoją przyszłość widział w tym właśnie kraju. W tym czasie Polska wychodziła z sowieckiej strefy wpływów, a jesienią rozpadła się władza Ericha Honeckera w NRD.
W styczniu 1990 roku niemieckie władze uznały, że ustąpiły przyczyny, dla których przyjęli emigrantów z za żelaznej kurtyny. Kamil z rodzicami i rodzeństwem wracał pociągiem do Polski. Było to dla niego tak traumatycznym przeżyciem, że jego umysł – jeśli użyć kolejowej metafory – wyskoczył z torów…
Od tej pory zaczął żyć jakby w dwóch wymiarach: świecie swoich rodziców i świecie, do którego uciekał przed nieakceptowaną rzeczywistością, na którą się nie godził. Gdy był sam – w pokoju za zamkniętymi drzwiami – słychać było, jak prowadzi dyskusje z postaciami, które odwiedzały go w jego azylu… To on był tam gospodarzem i zapraszał tych, których akceptował i z którymi się dogadywał.
W przeciwieństwie do wszystkich, którzy go otaczają Kamil nie potrafi się gniewać, jest nadwyraz uczynny, szczery, cieszy się z wizyt i ma niesamowitą pamięć do dat związanych z wydarzeniami, urodzinami. Jest kimś, kto jakby ugrzązł pomiędzy dwoma wykluczającymi się światami.
Ma piękny umysł, wrażliwe serce i czystą duszę.
(1847)
Wszyscy kiedyś znali i kojarzyli komentatora Jana Ciszewskiego (1930-1982), najbardziej rozpoznawalny głos relacjonujący mecze polskiej reprezentacji. Polszczyzna używana przez Ciszewskiego mogłaby prof. Miodka przyprawić o palpitacje serca i pozostawiała wiele do życzenia. Jednakże jego charakterystyczny głos tak plastycznie opisywał widowisko, że tak naprawdę dzięki niemu to, co było na boisku okazywało się mniej ciekawe niż to, co i jak mówił.
W pamięć zapadła mi jego jedna fraza – często powtarzana przez Pana Janka – która później funkcjonowała w języku potocznym I znów powróciliśmy z dalekiej podróży. Tą metaforą opisywał sytuacje, gdy na polskim polu bramkowym rozgrywał się groźny atak rywali lub, gdy piłka mijała o centymetry naszą bramkę.
Dlaczego przywołuję tę legendę dziennikarstwa sportowego? Bo w życiu powtarzają się sytuacje będące powrotami z dalekich podróży.
Dziś, Ktoś – bardzo gwiazdolicy – powrócił z baaaaaardzo odległej podróży i mógł radośnie z całą mocą powiedzieć:
Gdy zrozumiałam, że sens mojego istnienia zależy od tego, co mam do zaoferowania, wróciła mi chęć do życia.
Nieistotne jest, że od wielu lat nie przepadam już za sportem, ważne jest, że właśnie dzisiaj bezwiednie przywołuję Jana Ciszewskiego – swoisty synonim radości, że coś się udało, że coś nas ominęło. Ciszewski tworzył niesamowitą dramaturgię widowiska sportowego, które jest swoistym theatrum. A czymże jest życie?… Teatrem właśnie.
(1,710)
Wczoraj zawiozłem teściową na cmentarz, bo chciała zapalić lampki w rocznicę śmierci najmłodszego brata. Spokojny spacer alejką cmentarną przywołał wspomnienia i refleksje.
12 lat temu Zdzisław miał 53 lata i był już na wcześniejszej emeryturze – 30 lat przepracował w hucie aluminium na wydziale elektrolizy. Czasami, gdy nie mógł w nocy spać ubierał się i spacerował wokół osiedla. Tej lutowej niezbyt mroźnej nocy znów bezsenność wygoniła go z domu. Przechodził obok sklepu nocnego, gdy dwóch 16-letnich młodzieńców spragnionych mocnych wrażeń i alkoholu zażądało, by zasponsorowal zakup wódki. Niestety popełnił błąd wychodząc w nocy z domu bez pieniędzy… w kieszeni miał tylko 1,80 zł. To wystarczyło, by skatowali go używając pięści i nóg odzianych w ciężkie wojskowe buty. Dopełniając odreagowania bestialsko skopali go, skakali po klatce piersiowej i głowie. Pechowy spacerowicz nie miał szans i zmarł 3 godziny po przewiezieniu do szpitala. Twarz i głowa przypominały rozbełtaną galaretę.

Niedawno było i jeszcze jest wiele szumu wokół młodego Polaka skazanego za gwałt i okaleczenie 48-letniej Brytyjki. Mam wrażenie, że nie chciano dostrzec ofiary – jedynie przelotnie i wstydliwie wspominano, że kobieta została brutalnie zgwałcona i okaleczona, a wózek inwalidzki i problemy neurologiczne będą jej udziałem do końca życia. Więcej współczucia okazywano sprawcy. Jego niewinność orzekano w oparciu o opinię ze szkoły, czy też świadectwa przyjaciół, sąsiadów i znajomych (sic!!!). Padały określenia: Taki miły, delikatny, uczynny… Wygłaszano też sądy w stylu: Znam go od dziecka, więc on nie mógł popełnić tego przestępstwa. Niewinność starano orzec odwołując się do tzw. mechanizmu autorytetów (skompromitowanego powielokroć). W przedziwny sposób obrońcy sprawcy przeszli do porządku dziennego nad jednym z koronnych dowodów… próbkami DNA jednoznacznie wykazującymi na kontakt fizyczny oskarżonego z ofiarą.
W miejscowości sprawcy nie zorganizowano żadnego marszu milczenia przeciwko przemocy i gwałtom, nikt z polskich dziennikarzy nie starał się dotrzeć do ofiary, jej sąsiadów, dowiedzieć się, co oni czują i myślą. Sprawca był i jest traktowany, jak ofiara. Media na żywo relacjonowały obrady ławy przysięgłych… Napięcie było niemalże, jak podczas skoków Adama Małysza.
Często autorytety wygłaszają sądy lub wydają świadectwa moralności na zasadzie, że: Uważam, że tak być powinno, więc tak na pewno jest. Jeśli fakty nie zgadzają się z moją opinią tym gorzej dla faktów. Orzekanie o niewinności poprzez użycie mechanizmu autorytetów zastosowano kiedyś w obronie Michała Boniego, gdy w 1992 roku znalazł się na liście Maciarewicza. Kilkanaście tygodni temu Boni sam przyznał się do współpracy z SB kompromitując tę metodę obrony.
Gwałciciel Brytyjki został uznany przez ławę przysięgłych za winnego i skazany na podwójne dożywocie. Taki jest system anglosaski, że sumuje się kary, by przestępca nie wyszedł zbyt wcześnie. Odsiedzi przynajmniej 20 lat.
Zabójcy Zdzisława zostali skazani, ale wyszli z więzienia po 3 latach. Cieszą się już wolnością, podczas, gdy on od 12 lat spoczywa na cmentarzu. Po 10 latach od wyjścia na wolność kara zostanie zatarta. W rozumieniu prawnym nie będą ludźmi, którzy kiedykolwiek popełnili coś złego.
W systemie anglosaskim, który obowiązuje w USA, pewnie zostaliby skazani na śmierć, choć jeszcze żyliby w celach śmierci oczekując na kolejne apelacje.
(1475)
Kobiety mówią, że mężczyźni to tacy mali chłopcy, którzy grają role dorosłych. Nadal jednak chętnie bawią się ołowianymi żołnierzykami, kolejką, czy samochodzikami, z tym, że czynią to w mniej lub bardziej zawoalowany sposób. Każdy z nas ma swoje zabawki, które, gdy tylko weźmie je w dłonie, przenoszą go w inny świat . Dla jednych jest to wędkowanie, dla innych remonotwanie starych samochodów, zbieranie znaczków, sklejanie modeli samolotów itp.
Jeśli chodzi o mnie to od jakiegoś czasu zbieram i porządkuję okruchy przeszłości .
Przesympatyczna pani Irena, z którą pracuje, zapytała mnie dlaczego interesuję się genealogią swojej rodziny i poświęcam temu zajęciu swój wolny czas. Mnie wystarczało i wystarcza, że znam rodzeństwo i najbliższych wujków i ciocie - powiedziała. Gdy zobaczyła moją stronę genealogiczną nie mogła wyjść z podziwu i zastanawiała się ile czasu to mi zajęło. Powiedziałem, że to tylko mała cząstka tego, co mam w kartonach, albumach i starych dokumentach. Że wszystko wymaga jeszcze opracowania. Próbowała dociec czemu to wszystko służy i jaka z tego korzyść.
Spytałem ją, czy lubi obejrzeć czasami jakiś film w telewizji lub w kinie. Odpowiedziała, że dość często. A gdy spytałem ją o korzyść z oglądania obruszyła się, zupełnie nie rozumiejąc o co mi chodzi :-).
Stare fotografie, z których spoglądają przodkowie i ich bliscy, pożółkłe listy (najstarsza kartka z 1918 roku), spisane ręcznie po rosyjsku dokumenty rejentalne, przedmioty, pamiątki i meble… Patrząc nań i dotykając czuję zaklęte w nich emocje i myśli bliskich, którzy się nimi kiedyś posługiwali. Ale jest jeszcze jeden wymiar – dzięki odkurzanej przeszłości poznaję i odkrywam współcześnie liczną rodzinę w kraju i na świecie. Geny mego pradziadka są na Hawajach, w Australii, Finlandii, Kanadzie, USA, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Anglii. Ciekaw jestem, dokąd jeszcze zawiodą mnie moje poszukiwania.
(1247)
Gdy słuchamy opowieści o stworzeniu pierwszego człowieka i jego perypetiach zakończonych wygnaniem z ogrodu Eden, zastanawiamy się na ile ta opowieść jest prawdziwa. Współcześni starają się odnaleźć mityczny raj i wskazać miejsce, gdzie fizycznie się znajdował. Badacze starożytnych kultur i cywilizacji studiują pisma i eposy religijne. Poszukują podobieństw i różnic oraz zależności między nimi, by wskazać ten, który był inspiracją dla pozostałych.
W tym miejscu przypomina mi się zasłyszana przed laty opowieść ilustrująca różnicę w pojmowaniu prawdy przez ludzi różnych kultur. Pewien amerykański turysta podróżował po krajach Bliskiego Wschodu. Na jednym z etapów swej peregrynacji spotkał starego Araba, który opowiedział mu intrygująca historię z morałem. Gdy wybrzmiało ostatnie słowo opowieści i zapadła chwila ciszy Amerykanin przerwał ją pytaniem: Czy to wydarzyło się naprawdę? Arab spojrzał z niedowierzaniem i zdumieniem na pytającego: Nieważne, czy to się wydarzyło. Ważniejsze jest, czy ta opowieść jest piękna.

Współcześnie pewien ambitny człowiek przez lata piął się po szczeblach kariery w firmie o profilu handlowym. Zbudował sprawny i dynamiczny zespół. Sprzedaż rosła, dochody firmy zwiększały się. Premie były coraz wyższe, co roku do wyboru nowy samochód służbowy. Żyć nie umierać… chwilo trwaj wiecznie… Był tylko jeden szkopuł. Firma miała dwóch skonfliktowanych współwłaścicieli, z których ten zarządzający miał decydującą większość udziałów. Zdolny menedżer wiedząc, jaki jest układ i wiedząc komu zawdzięcza swą pozycję w firmie, zdecydował się spotkać z tym drugim w dyskretnym miejscu. Chciał tak, jak pierwsi ludzie poznać prawdę. Zaproszenie było, jak zatruty owoc z drzewa poznania dobrego i złego podany Ewie w raju przez węża.
Fakt spotkania ujrzał za jakiś czas światło dzienne. Człowiek musiał opuścić firmę. Odbyło się to w białych rękawiczkach: pożegnanie z szampanem, ciepłe słowa i adieu!. Bolało nie mniej niż Adama i Ewę, gdy opuszczali bramy raju.
Jaki związek między tymi opowieściami? Ano taki, że poza prawdą materialną, której szukamy poprzez szkiełko i mędrca oko jest jeszcze prawda uniwersalna o człowieku i jego naturze. Prawda widoczna w Księdze Genesis, ale także w opowieści starego Araba, mówi zawsze o człowieku bez względu na czas i miejsce, w którym jest odczytywana.
Jest to PRAWDA uchwytna nie tyle przez fakty, co poprzez wyrażone piękno.
(994)
804cc22fc79f4df14c1c8216e034b767
Verba volant, scripta manent – słowa ulecą, pisma pozostaną
Ta starołacińska maksyma przyszła mi do głowy, gdy zderzyłem się z Kimś w niewinnej dyskusji o słowach używanych na oznaczanie wykonywanych zawodów. Sens maksymy jest w luźnym związku z tym, co będzie pisane dalej, ale odnosi się do słów, a każde słowo ma sens i znaczenie. Dlatego ważne jest, co mówimy, jak piszemy i jakich określeń używamy.

Moja dobra znajoma obruszyła się, gdy w najlepszej wierze użyłem do określenia jej zawodu słowa przedszkolanka. Dla niej zabrzmiało to, jak opiekunka do dziecka. Choć uważam, że zarówno w jednym, jak i drugim przypadku niezbędne są wysokie kwalifikacje i szczególne przymioty, bez których niemożliwe jest właściwe zajmowanie się najmłodszymi.
Nie wiem, czy w opinii tzw. ogółu panie z przedszkola postrzegane są jako nauczyciele nauczania przedszkolnego, ale dla mnie rola pań przedszkolanek jest o wiele ważniejsza niż nauczycieli, którzy występują na kolejnych etapach kształcenia człowieka.
Przedszkolanka to określenie ciepłe, czułe i bardzo wyraziste, bo związane z emocjami z pierwszego etapu wzrastania. Nauczyciel to określenie chłodne i definicyjne, które wiąże się z przekazywaniem treści… wiedzy. Pierwsze to doświadczenie emocjonalne, drugie to proces intelektualny.
To w ramionach przedszkolanki mały człowiek może wypłakać się i przytulić. Z nią dzieli się swoimi radościami i smuteczkami. Takiej wiedzy, cierpliwości i pokładów czułości nie ma żaden nauczyciel.
Niech żyją przedszkolanki.
(880)
Wszyscy zarzucają rządowi Tuska, że nic nie robi, że nie ma pomysłu na rządzenie, tylko uprawia PR i podgryza prezydenta po… jego kompleksach. Już gotów byłem w to uwierzyć i ulec manipulacji wrażych sił, które programowo nie doceniają podejmowanych wysiłków na rzecz szczęścia i wszelkiej pomyślności i sypią piach w szprychy - jak by to nowatorsko i odkrywczo określił Sławomir Nowak, dyrektor gabinetu politycznego premiera.
A tu rozczarowanie. Okazuje się, że Katarzyna Hall – przeurocza pani minister edukacji – cichaczem przygotowała bombę. I przyznam się ogarnęło mnie przerażenie, gdyż o ile za poprzednich rządów podejmowano jakiekolwiek zmiany, to były one szeroko prezentowane i dyskutowane. Minister Handke (rząd AWS) podał się nawet do dymisji nie tyle za reformę, co błąd rachunkowy. Ale do rzeczy, by nie trzymać w niepewności.
Pani minister ni mniej, nie wiecej zaproponowała, by następne pokolenia po przejściu proponowanej przez nią edukacji wiedziały mniej, a przez to… więcej. Nie rozumiecie tej dialektyki?
Idźmy zatem dalej.

Edukacja ogólna ma się zakończyć na poziomie klasy I liceum, po której uczeń mający 16 lat (sic!!!), będzie decydował, czy chce zostać lekarzem i wtedy będzie miał więcej chemii i biologii, czy też inżynierem i wtedy będzie miał więcej matematyki i fizyki. W kolejnych klasach nie będzie już nauki m.in historii i geografii. Ponoć taki system edukacji będzie efektywniejszy niż dotychczasowy i jest wzorowany na amerykańskim. Jako dowód podaje się naukę i gospodarkę amerykańską, gdzie ścisła specjalizacja przyczyniła się i przyczynia do ogromnych sukcesów, a przedstawiciele nauki amerykańskiej zbierają większość nagród Nobla.
Jako przykład wyższości amerykańskiej edukacji podam wypowiedź senatora McCaina – pretendenta do prezydentury z ramienia republikanów – który Putina określił prezydentem Niemiec. Przyznam, że przy różnego rodzaju niedoskonałościach i brakach naszych rodzimych polityków, coś takiego nie przytrafiło się nawet Lechowi Wałęsie, który zakończył edukację na poziomie szkoły zawodowej.
(747)


Media donosiły o ewakuacji oddziału neonatologii w Jędrzejowie, gdyż troje lekarzy – poprzez markowane zwolnienia lekarskie – odstąpiło od opieki nad noworodkami… najsłabszymi i najbardziej bezbronnymi istotami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie zbieżność w czasie protestów i żądań płacowych z chorobą tych wybitnych uczniów Hipokratesa. Obraz miernoty i degrengolady moralnej tych medyków dopełnia informacja, że pani ordynator tego oddziału w czasie – jak sądzę – lewego zwolnienia chorobowego wyjechała na wycieczkę do Izraela.
Vos verba