WordPress ma parę fajnych funkcji, z których Sadoq korzysta coraz częściej. Ostatnio posłużył się zabawką readomattic, która podpowiada blogi, pasujące do interesujących go tagów. Traf chciał, że wyświetlił się blog, w którym autorka o wdzięcznym nicku Astromaria popełniła tekst pt. Msza (nie)święta. Skrytykowała w nim kanibalizm judeo-chrześcijańskiego Boga, który każe spożywać ciało i krew swego syna, jednym tchem  przeszła do zbrodni pedofilii w kościele katolickim, dalej wspomniała o sierocińcach katolickich postawionych na cmenatrzyskach i wyciągneła tezę graniczącą z pewnością, że kościół katolicki jest sektą satanistyczną (sic!!!).

Sadoq, jak to Sadoq, kulturalnie zwrócił uwagę o pomieszaniu porządków i wątków. Okazało się – w opinii ezoterycznej Astromarii – że nic nie zrozumiał z doniosłości głoszonych przez nią tez, gdyż jest zapewne katolickim fanatykiem lub racjonalistą. Tajemna zaś wiedza PT Autorki (prywatnie prowadzącej gabinet astrologiczno-ezoteryczny) wykracza znacznie ponad to, co może pojąć swym skażonym i ograniczonym umysłem.

Gdy Sadoq wczytał się w inne astromaryjne teksty, dowiedział się, że i owszem mógłby się czegoś dowiedzieć, ale powinien kulturalnie poprosić i zapłacić (sic!!!). No to Sadoq pomyślał sobie, że popełnił nietakt wobec oświeconej ezoteryczki, ale brnął dalej i próbował nawiązać dialog. A o to kilka smakowitych zdań z odpowiedzi autorki bloga skierowanych do Sadoqa:

  • Witam zahipnotyzowaną owieczkę.
  • Nie będę ci tu podawać na tacy wiedzy, którą posiadam,
  • Sadoq: czy ty aby na pewno umiesz czytać ze zrozumieniem?
  • …że KRK jest sektą satanistyczną? Takich dowodów nie ma i nigdy nie będzie. I na tym właśnie opiera się potęga tych dwóch ogłupiaczy niepodzielnie sprawujących rządy nad ludzkością…
  • prawda jest zupełnie gdzie indziej. I my właśnie jej szukamy.
  • Mogłabym ci tu teraz szczegółowo wytłumaczyć o co chodzi, ale po co, skoro jesteś przekorny jak mały Jasio i wszystko odrzucasz.
  • Ani razu nie ustosunkowałeś się merytorycznie do niczego, co ci odpowiedziałam, więc nie wiem, po co bijemy pianę po próżnicy. Najwyraźniej gadają ze sobą gęś z prosięciem.
  • Noż… w mordę jeża i kurtka w dętkę! – zaklął Sadoq najsiarczyściej, jak tylko potrafi. - Jakaż gęś, prosię, czy mały Jasio ze mnie?

    Czuł się, jak po wyładowaniu pioruna.

    Zdezorientowany, co do własnej tożsamości wyjrzał przez okno i postanowił rozładować wywołane ezoteryką napięcie. Rower zaś sprzyja refleksji i ukojeniu myśli.

    Collage (Bzyk vel Schicha)

    Collage (Bzyk vel Schicha)

    Minęło 7 miesięcy odkąd rzucił palenie. Było to kolejne podejście i bardzo chciał, by tym razem okazało się skuteczne. Taką w każdym razie miał nadzieję.

    Słońce chyliło się ku zachodowi i dzień był ciepły. Szpadel lekko wciskał się w ziemię, która odwracana na druga stronę lśniła wilgocią i pachniała żyzną próchnicą. Lubił to zajęcie, bo wszystko – łącznie z zapachem i wysiłkiem – przypominało mu beztroskie dzieciństwo spędzone u dziadków.

    Ogród, łopata i odczuwane intensywaniej niż rok wcześniej zapachy i smaki. Euforia niemalże… nie mógł się nacieszyć i nasycić tym wszystkim, co odczuwał. W pewnym momencie podszedł niepostrzeżenie rezolutny siedmiolatek. Przyglądał się pracy ojca przez chwilę z zaciekawieniem, po czym zapytał:

    - Tato! Prawda to, że każdy papieros zabiera 15 minut życia?
    - Tak, syneczku! – odpowiedział machinalnie nie przeczuwając zastawionej pułapki. Był przekonany, że w ten sposób utrwali w młodym niechęć do nałogu, z którym zmagał się przez tyle lat.
    - Ale teraz jak już nie palisz – kontynuował młody człowiek – to te zabrane minuty wrócą się znowu? Czy tak?
    - Nie – odpowiedział machinalnie zajęty kopaniem ogródka. – To, co stracone już nigdy nie wróci.

    Nim wybrzmiały ostatnie słowa odpowiedzi usta pytającego przybrały kształt podkówki, a oczy zaszły łzami. Po chwili rozległ się spazmatyczny szloch. Młody człowiek płakał nad utraconym czasem ojca, którego chciał zachować dla siebie, jak najdłużej. Ten zaś zaskoczony przytulił mocno malca chcąc skryć w ramionach jego  rozpacz. Niespodziewanie po raz pierwszy w życiu poczuł, że oto jest ktoś komu zależy na nim szczerze i bezwarunkowo.

    ______________________________
    *dziecka,  z dzieckami - zapożyczona i jak nabardziej świadomie użyta prywatna forma słowa pochodzącego od l.mn.: DZIECI, Z DZIEĆMI…

    W umówione miejsce dotarł kilkanaście minut przed czasem. Zatrzymał samochód na poboczu dwupasmowej drogi wjazdowej do miasta. Po prawej stronie, tuż za płytkim rowem, rozpościerał się sosnowy las spowity ponurą zimową aurą.

    Nie wyłączając silnika zaciągnął ręczny hamulec, odpiął pasy, odsunął fotel i rozsiadł się wygodnie. Był lekko podekscytowany oczekiwaniem na jej przyjazd. Znał ją tylko tylko ze zdjęcia i ze słyszenia… przez telefon. Za chwilę wyobrażenia miały zderzyć ich z rzeczywistością.

    Zamyślony zauważył ją w lusterku, gdy wysiadała z samochodu. Odłożył trzymaną gazetę i szybko wyszedł jej na przeciw. Stanęli w pół kroku przed sobą. Ujrzał jej duże oczy, długie rzęsy, policzki znaczone niesamowitymi piegami i czapkę skrywającą ciemne włosy. Pochylił się i musnał ustami jej policzek. Było to chyba zaskoczeniem dla obojga, miłym zaskoczeniem. Nie mógł oderwać od niej oczu. Ustalili, że pojedzie za nią do miasta.

    Po kilkunastu minutach siedzieli w jej ulubionej kafejce. Jeszcze przed spotkaniem obiecała mu kawę z kardamonem. Nie znał tej przyprawy, ale egzotyczna nazwa pobudzała jego zmysł smaku, który od tej chwili miał się mu kojarzyć wyłącznie z nią. W głębi kafejki znaleźli ukryty za wiklinowym parawanem stolik dla dwojga. Wzięli tę część przestrzeni dla siebie.

    Kardamonu starczyło tylko dla niego, co sprawiło, że poczuł się wyróżniony. Jej przypadła w udziale kawa z imbirem.

    Podniósł filiżankę do ust i wszystko stało się jasne… kardamonowy przypływ.

    Przejście

    Przejście

    5.55 – Niedzielny majowy poranek. Ostry dźwięk telefonu wyrywał go z objęć snu. Wiedział, co za chwilę usłyszy. Spojrzał na wyświetlony numer telefonu, nacisnął zielony przycisk i powiedział trzeźwo: Słucham?

    Spokojny beznamiętny kobiecy głos – po upewnieniu się,  że rozmawia z właściwą osobą – powiedział:

    - Pańska matka zmarła dziś o 4,50. Wszelkich informacji udzieli panu lekarz prowadzący, gdy tylko przybędzie pan do szpitala.

    W słuchawce zapadła głucha cisza. Przerwana przez niego po chwili suchym Dziękuję.

    Usiadł na łóżku, twarz schował dosłownie na moment w dłonie. Po chwili był już w łazience i liczył dudniące o jego głowę krople gorącej wody. Od tej chwili poruszał się niczym automat. Świadomość wróciła na moment, gdy smak kawy wypełnił usta i przez podniebienie uderzał obrazami wspomnień… Pierwszy raz doświadczał przeszłości, która w przyspieszonym tempie przesuwała się obrazami.

    7.25 – Odgłos przekręcanego kluczyka i cichy pomruk silnika… Ruszył na spotkanie.

    7.40 – Winda zatrzymała się na IV piętrze. Wyszedł i skierował swe kroki do dyżurki pielęgniarek. Jedna z nich zaprowadziła go do drzwi bez oznaczeń, które wielokrotnie mijał odwiedzając matkę codziennie w szpitalu. Niewielkie pomieszczenie, pastelowe ciepłe kolory, stojący wózek z jej zawiniętym w seledynowe płótno ciałem.

    Pielęgniarka dyskretnie się wycofała i zamknęła drzwi.

    Wziął głęboki oddech i odsłonił seledynowe zawiniątko. Ku swemu zaskoczeniu poczuł ulgę. Z jej twarzy zniknęło cierpienie, wydawała się nawet pogodna.  Już nie cierpisz – pomyślał. Odsłonił całą głowę i dotknął jej… była ciepła. Pochylił się i przywarł swym policzkiem do jej policzka, by po raz ostatni poczuć ją jak kiedyś, gdy nosiła go w swoim łonie, tuliła do piersi, czy ocierała zapłakaną buzię chłopca.

    Wiedział, że jej tam już nie ma. Trzymał w ramionach i czuł ciało, które dało mu życie. Jej wędrówka dobiegła kresu. Wypełniło się.

    Czuł spokój.

    Od kilkunastu lat doświadczamy zmian w sposobie organizowania społeczeństwa,  zmian obyczajowości i charakterystycznych dla wolnych społeczeństw podziałów politycznych. Skutkuje to zmianami w sposobie użycia języka oraz odmiennej niż kiedyś ekspresji tych zmian.

    Język jest czymś żywym i odzwierciedla tego typu zmiany. Przesuwają się sensy i znaczenia słów najczęściej jako skutek, a nie świadoma manipulacja, by nie powiedzieć przekłamanie. Napisałem świadomie najczęściej, gdyż faktem jest to, że na przestrzeni dziejów język był w równym stopniu przestrzenią walki, jak pola bitew, na których lała się krew. W zależności od wyznawanych poglądów, przekonań, systemów wartości, czy przynależności wylewają się różne potoki słów – w tym wyżej podpisanego.

    Ostatnio obserwuję dość ciekawe, ale zarazem irytujące manipulacje wokół słowa tolerancja. W swym pierwotnym sensie oznacza ono cierpliwe znoszenie czegoś w mojej przestrzeni, choć nie jest to przeze mnie aprobowane. Jest to na tyle nieuciążliwe, że pozwalam temu czemuś funkcjonować obok siebie. Tak się składa, że określenie tolerancja zawłaszczane jest przez bardzo wąską grupę osób związanych z ruchem homoseksualistów, którzy próbują nadać mu nowy sens i znaczenie. Tolerancja w nowej roli ma równać się akceptacji. Jest to z ich strony celowe rozszerzenie znaczenia tego słowa, by wymusić na uczestnikach dyskursu modną dziś poprawność polityczną. Skoro jesteś tolerancyjny to jednocześnie powinieneś akceptować skłonności i zachowania homoseksualne. Co charakterystyczne, wśród zwolenników tego zawłaszczania, tolerancja jest rozumiania jednokierunkowo, jako akceptacja dla homoseksualizmu. Immanentne takiemu rozumieniu jest odmawianie symetryczności dla poglądów i postaw odmiennych. Taka tolerancja staje się przymusem, zwłaszcza, gdy podejmowane są kroki zmierzające do penalizacji określeń obraźliwych i ocennych. UE zaleca zmianę przepisów prawa tak, by penalizować mowę nienawiści wobec osób o odmiennej orientacji seksualnej. Określenie mowa nienawiści jest tak pojemne, jak niegdyś za komuny zatrzymanie niewygodnych osób na 48 godzin.

    Można w Polsce profanować krzyż, Biblię, nazywac odmiennie myślących chorymi z nienawiści, oszołomami, czy ciemnogrodzianami. Można wymieniac cały katalog słów i określeń. Wartościowanie postaw homoseksualnych będzie – jeśli nowe prawo wejdzie w życie – mową nienawiści (sic!!!)

    Ten wpis nie jest zobiektywizowany. Wiem to, gdyż jest reakcją na coś z czym się nie zgadzam, by w przestrzeni społecznej budować unijną religię poprawności politycznej. Wpis ten jednak nie jest nieprawdziwy, ani też kłamliwy – nie wypaczam sensu słów, nie zmieniam ich znaczenia. Chcę by słowa były używane w ich właściwym znaczeniu.

    Toleruję homoseksualistów, ale nie akceptuję. To moje niezbywalne prawo. Nie są oni w gronie moich przyjaciół i znajomych. Nie sądzę też, by ich poczucie tolerancji było na tyle silne i szczere, by chcieli mieć mnie w gronie swoich znajomych.

    Pamiętam spór Wałęsy z Komitetem Obywatelskim w 1990 roku. Oponenci w Komitecie próbowali przekonywać, że rzeczywsitość społeczna, gospodarcza i polityczna w Polsce wygląda inaczej niż twierdził Wałęsa* i krytycy dotychczasowych rządów Mazowieckiego.  Wałęsa skwitował krótko: Stłucz pan termometr, nie będziesz miał gorączki.

    * Abstrahuję od późniejszego sprawowania urzędu przez Wałęsę, choć ówczesną diagnozę dotyczącą Polski (o to toczył sie spór) podzielam.

    Cokolwiek mógłbym pomyśleć o inteligentnym projekcie lub teorii ewolucji, czy jakichkolwiek najbardziej wzniosłych ideach filozoficznych, czy systemach religijnych jest to niczym w porównaniu z kobietami mego życia.

    Lenka ur. 28/05/2009
    O

    Oliwia (ur. 1987)

    Scholastyka (1927-2005)

    Scholastyka (1927-2005)
    image027

    Stefania (1891-1981)

    Nie jestem w stanie określić, która z teorii wyjaśniających pochodzenie życia na ziemi jest bliższa prawdy. Nie potrafię też opowiedzieć się po stroniej którejkolwiek z nich z żarliwością wyznawcy. Są dwa powody takiego zawieszenia rozstrzygającego sądu:

    1. Obydwie teorie są równie prawdopodobne i w żaden sposób w swej istocie jedna nie wyklucza drugiej. Są spojrzeniem na tem sam przedmiot z różnych perspektyw.
    2. Obydwie propozycje posługują się w dużej mierze tym samym materiałem badawczym jednakże udzielane przez nie odpowiedzi znacznie wykraczają poza to, co jest intersubiektywnie komunikowalne i sprawdzalne. Udzielane odpowiedzi mają duży ciężar gatunkowym o charakterze filozoficznym i światopoglądowym.

    Swego czasu sir Isaac Newton (1643-1727) badając naturę światła doszedł do przekonania, że jego natura to poruszające się w przestrzeni drobinki (łac. corpusculum). W tym samym czasie Christiaan Huygens (1629-1695) badając światło doszedł do wniosku, że ma ono naturę falową i że rozchodzi się, jak fale w ciałach sprężystych.

    Propozycja Newtona była paradygmatem w nauce do początku XIX wieku. Później dotychczasowy model okazał się niewystarczający. Wreszcie w 1905 roku Einstein pogodził obydwie koncepcje ogłaszając teorię kwantową. Tyle w formie najbardziej uproszczonej.

    Przyznam, że obecny spór pomiędzy wyznawcami teorii ewolucji a propagatorami inteligentnego projektu przypomina ten dotyczący korpuskularnej i falowej natury światła. Rzecz jasna skala sporu, zaangażowania liczby naukowców i natężenie medialne jest nieporównywalnie większe, gdyż dotyka światopoglądu. Obydwie wyjaśniają rzeczywistość związaną w powstaniem życia. Odwołują się do wyników badań, odkryć i często wychodzą poza to, co jest do udowodnienia: tworzą wizje, których spora część jest przypuszczeniem, wnioskiem wysnutym w oparciu o posiadane dane.   A że nie jest to jak 2 plus 2 stąd wnioski są tak różne. Rodzą się kolejne pytania na zasadzie im dalej w las tym więcej drzew. Głośne i modne nazwiska pojawiające się po stronie obydwu – konkurujących o rząd dusz – teorii nie sprawią, że coś stanie się prawdziwe dla wszystkich w sposób nie budzący wątpliwości. Radykalne wypowiedzi stronników jedynie podgrzewają spór.

    Swego czasu wydawało się, że propozycja Theillarda de Chardin (1881-1955) zmierza w tym oczekiwanym kierunku, ale w jego próbie pogodzenia ewolucjonizmu z kreacjonizmem było zbyt wiele elementów teologicznych. Kościół oficjalny odrzucił jego propozycje a nauka poszła w innym kierunku. i Teoria ewolucji stała się obowiązującym i wyznawanym paradygmatem o daleko idących konsekwencjach światopoglądowych.

    Od jakiegoś czasu próbę przełamania tego paradygmatu podejmują zwolennicy tzw. inteligentnego projektu (kiedyś określani kreacjonistami). Próbują dowieść, że życie w obecnej postaci nie mogło wyewoluować samo z siebie tylko przy pomocy inteligentnego projektanta… zegarmistrza.

    Nauka jest in statu viae. Czekam na Einsteina ewolucji i kreacjonizmu, który unieważni dotychczasowe spory.

    Amicus Plato, sed magis amica veritas – postępując w latach coraz lepiej rozumiem tę starożytną maksymę.

    Deszcz, odgłos spadających kropel, szum drzew, las, mokre buty i nogawki spodni, mokra od deszczu twarz… Sam ze sobą, ze swymi myślami, z dala od zgiełku.

    Po prostu uczta.

    Jesioro w deszczu - Ślesin 2009

    Jezioro w deszczu - Ślesin 2009

    Schronienie pod mostem - Ślesin 2009

    Po drugiej stronie jeziora - Ślesin 2009

    Po głowie chodził mi całkiem inny wpis, którym twórczo zainfekowała moje szare komórki Defendo. Rzecz o słowie łóżko. Nie jestem jeszcze gotów do pisania o łóżku. Brakuje mi jeszcze paru skojarzeń i odniesień. Jest to zagadnienie bardzo poważne i tak też będzie potraktowane:-)

    Dziś natomiast sprowokował mnie Piotr 55-ty komentarzem na blogu u szamańskiej Flamenco: Wydaje mi się, że idziesz na łatwiznę generalizując polski stosunek do religii, wiary i kościoła. Okazuje się, że stara maksyma, że gdy dwóch mówi to samo, niekoniecznie mają to samo na myśli sprawdza się w przytoczonym fragmencie komentarza. Kwestia Kościoła i wiary pojawiła się na zasadzie obiter dictum i nie można mieć pretensji o możliwe inne rozumienia użytych określeń. Szybkość dyskusji sprawia, że mamy do czynienia ze swoistego rodzaju qui pro quo.

    Odróżniam dwie rzeczy w sposób zasadniczy: wiarę i praktykę w odniesieniu do jakiejkolwiek denominacji chrześcijańskiej, czy też religii niechrześcijańskich. Mówiąc o wierze nie mówię o instytucji, która jest namacalną emanacją religii, ale nie jest religią, a tym bardziej urzędnicy tej instytucji.

    Wiara to dla mnie (w odniesieniu do religii rzecz jasna) pewien stan umysłu przyjmujący za fakt istnienie bytów niematerialnych, bóstw mających wpływ na życie człowieka i świata. Przekonania wynikające z wiary są niedowodliwe na gruncie naukowym i z gruntu o takie dowodzenie nie występują, gdyż uważają, że rzeczywistość do której się odnoszą znacznie wykracza poza możliwości poznawcze człowieka. O ironio! podobny problem mają także niewierzący w istnienie nadprzyrodzoności, gdyż ich poglądy o naukowości takiego poglądu też są naciągane.

    Czynnikami mającymi wpływ na wiarę (niewiarę w tych rozważaniach pomijamy) są poglądy wyrażone w świętych księgach poszczególnych religii (np. Biblia, Koran). A że księgi te w swej treści są niejednoznaczne wymagają interpretacji. Interpretacja zaś to rola liderów religijnych, różnych świętych mężów, których interpretacje i wyjaśnienia wchodzą do tradycji danej religii. Formalne struktury religii instytucjonalizują jedne interpretacje i przekładają to na praktykę w formie zaleceń, nakazów, propozycji. W swej istocie każda z religii zakłada, że przyznający się do niej wyznawcy znają i pisma źródłowe, jak i też tradycję w stopniu umożliwiającym mówienie o sobie, że jest się wierzącym.

    Mistrz praktyki

    Mistrz praktyki

    Współczesny katolicyzm, prawosławie, protestantyzm w przeważającej swej praktyce jest wydmuszką: są formami bez treści. Nieco lepiej to wygląda u tzw. nowych kościołów, które z racji swej ewangelicznej gorliwości i nieliczności dbają o lepszą formację intelektualną swych wyznawców.

    Często jest tak, że są wierzący niepraktykujący – wiara na zasadzie, że pewnie jest jakaś transcendencja i na wszelki wypadek na poziomie mentalnym przyjmować, że Bóg jest. Nie znają zasad wiary, albo znają w stopniu znikomym. Czasami uczestniczą w ceremoniach religijnych. Towarzyszące im wówczas przeżycia wzruszenia (radość, smutek) nie są wiarą tylko stanem emocji. Emocje to nie jest wiara.

    Są praktykujący*, ale niewierzący, którzy poddają się naciskowi opinii i rodziny. Poza tym mogą lubić ceremoniał religijny.

    I wreszcie wierzący i praktykujący-praktykujący**: wierzący w transcendencję, znający zasady swej religii i stosujący w życiu codziennym jej zasady.

    *Praktykowane są tylko zewnętrzne ceremoniały bez wypełnienia ich treścią wiary

    ** Znane są i praktykowane są treści wyznawanej religii

    Kilka wpisów wcześniej popełniłem tekst pt. Google’omaniak. To było o mnie i przyznam, że jestem z tego określenia dumny. Słowo google zaczyna funkcjonować w różnych odmianach i zastosowaniach niczym swego czasu kuroniówka, bitles itp. Nazwa firmy stała się czasownikiem, przymiotnikiem, obelgą…

    Ostatnio z dużym zaciekawieniem śledzę na blogu Defendo dyskusję dotyczącą flirtu i manipulacji. Przednia uczta… Uczestnicy dyskusji – wywołanej chytrością wpisu Autorki – chcą i mają wiele do powiedzenia. Ba! Odkrywają się. Nawet urlopowany Logos Amicus wychynął z uśpienia i wtrącił swoje trzy grosze.

    Ale jak zawsze (niemalże) pojawi się w trakcie dyskusji ktoś, kto pożywia się i czerpie satysfakcję z obrzucania innych błotem (by użyć najłagodniejszego określenia). Zauważyłem – bładząc po tzw. blogosferze – że poza wolnymi strzelcami, wręcz pasjonatami, którzy ciekawie i ze swadą opisują potyczki z rzeczywistością (Barnaba o sporcie, David relacjonujący dzień po dniu swój powrót do kraju przodków, czy Mag pisząca Schulzem), funkcjonują grupy blogerów i ich nadwornych komentatorów, którzy niczym wilcze stada rzucają się na wybrane blogi. Dla mnie to oznaka słabości i jałowości ich wirtualnego bytu. Są jak wampiry, jak czarne dziury, które żywią się cudzą materią, świecą światlem odbitym tych, których atakują.  Nie chodzi o to, by we wszystkim zgadzać się z blogerem i pisać jak to miło i przyjemnie i bla bla bla, ale o merytoryczną dyskusję, czy spór. Jeśli zamiast racji pojawia się stek wyzwisk i obelg mamy do czynienia ze słabeuszem, miernotą intelektualną, tchórzem…

    Defendo doświadcza tego samego, co nieco wcześniej Flanela. Jeden z blogerów – w towarzystwie nicków, które wydawały mi się dalekie od takich miejsc (przykro widzieć je w takim miejscu) – walczy o rzekomą jakość wpisów na blogach. Czuje się niczym arbiter elegantiarum, lecz w nim ani umiejętności rozstrzygania, a tym bardziej elegancji.

    U Defendo pojawił się jakiś troll o nicku nudziarz. Nie starczało mu bluzgać w towarzystwie sobie podobnych. Z ciekawości kto zacz ów nudziarz zagooglowałem rzeczonego impertynentna. Przeglądając wyrzucone przez wyszukiwarkę odniesienia natrafiłem na miejsce, które sprawiło, że było mi szkoda czasu na identyfikację tchórza. Odkryłem bardzo stary blog pt. Pamiętnik zmarłego.  Spisywany był pomiędzy 13/02 a 5/03/2002. Sam wygląd jakiś taki zmurszały, nieciekawy… Rzuciłem okiem, myśląc, że to jakaś kolejna prowokacja. Z każdym przeczytanym zdaniem uświadamiałem sobie, że czytam autentyczny zapis myśli osoby, która świadoma jest zbliżającej sie śmierci.

    Tuż przed końcem tej niedługej lektury miałem łzy w oczach. Cóż!!! Wzruszyłem się, jak cholera. Cały czas we mnie siedzą i krzyczą przeczytane słowa, mimo iż zostały spisane kilka lat temu. Życie to radość flirtu, uwodzenia, szczęścia, ale i umieranie. Wszystko ma swój czas i miejsce pod słońcem.

    Dobrze jest googlować, a trolli ignorować.

    PAMIĘTNIK ZMARŁEGO